Kategorie: Wszystkie | główna | pamiętnik
RSS
środa, 18 lipca 2007
fotki

foty

11:37, sirius_black
Link Komentarze (1) »
środa, 07 lutego 2007
Salvete!

Witam wszystkich moich czytelników i Przyjaciół. Muszę powiedzieć... Zresztą nie, nie musze, przecież wszyscy to już zauwazyliście :) Nie piszę ostatnio... Dlaczego? Po pierwsze- brak pomysłów, po drugie- brak weny, po trzecie- brak komputera, po czwarte- brak czasu. Wystarczy? Pewnie niektórym nie... I tym właśnie dziękuję :) Ale na razie nie ma co liczyć na nową część opowiadania, co nie znaczy, że wycofuję się zupełnie.

Pozdrawiam Was wszystkich i ... cierpliwości!

20:33, sirius_black , główna
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 sierpnia 2006
part XVIII

Zaraz po tym niefortunnym zdarzeniu udaliśmy się z Remusem do pokoju wspólnego i jak gdyby nigdy nic oddaliśmy się lekturze podręcznika do obrony przed czarna magią. James wkroczył do sali kilka minut później i po wyrazie jego twarzy od razu widać było, że coś... a raczej, że wszystko poszło nie tak. Od razu podbiegliśmy do Jamesa, udając zainteresowanych przebiegiem akcji.

-Jak poszło?- zapytał Lupin.

-Do dupy!- prychnął poirytowany James.

-To znaczy?- skrzywił się Lupin.

-To znaczy, że twoje rady były do dupy i nic z nich nie wyszło!- rzucił James.

-Hej, hej, tylko nie wyzywaj się na mnie z łaski swojej!- rzekł spokojnie Lupin.

-Masz rację, nie twoja wina... –mruknął James.

-No, więc opowiedz nam dokładnie jak było!- wtrąciłem.

-dobra... Tylko chodźmy stąd!- powiedział James. Rozejrzałem się wkoło- kilka siedzących najbliżej osób już przysłuchiwało się rozmowie. Faktycznie lepiej było udać się w jakieś ustronne miejsce. Zdecydowaliśmy się na sowiarnię. Po drodze obserwowałem Jamesa. Jego złość powoli ustępowała i na jej miejsce pojawiało się zrezygnowanie i przygnębienie. Potem James opowiedział nam przebieg sceny, którą obserwowaliśmy spod peleryny.

-Jakaś kompletna idiotka z tej Lily...- prychnąłem w końcu.

-Nie mów tak o niej!

-Ona musi mieć o tobie naprawdę złe zdanie...- westchnął Lupin. Oparł się o parapet i wyglądał na zamyślonego. Jak dla mnie sprawa była skończona: James powinien jak najszybciej zapomnieć o tej pustej panience. Najchętniej sam bym z nią pogadał, niekoniecznie uprzejmie.

-Ale ja naprawdę byłbym gotów się zmienić...- westchnął James.

-Wiesz co? Ona wcale na to nie zasługuje! Gdyby miała cię pokochać to takim jakim jesteś!- rzuciłem, gotów za wszelką cenę wyciągnąć Jamesa z pułapki tej miłości. Patrząc jak żałosny staje się mój kumpel i jak jest przybity, wzbierała we mnie fala wściekłości.

-To ja jestem beznadziejny...- James smętnie spuścił głowę.

-Uświadom sobie wreszcie, że to tylko głupia baba, która ani trochę na ciebie nie zasługuje!- powtórzyłem.

-Uzasadnij to jakoś!- James spojrzał na mnie z wyrzutem.

-Nie potrafi zaufać ludziom, dać drugiej szansy, a poza tym jest sztywna i nawet nie jest czarodziejka czystej krwi a zadziera nosa jakby...

-No teraz to chyba trochę przesadziłeś!- James zerwał się gwałtownie, uświadamiając mi, że ostatnie zdanie w istocie nie było konieczne. Trochę mnie poniosło, ale teraz lepiej było się nie wycofywać.

-Z czym niby przesadziłem? Powiedziałem coś nie tak?- wzruszyłem ramionami.

-Nie wiedziałem, ze przeszkadza ci to, że ktoś nie jest czystej krwi! Nie waż się więcej tak o niej mówić!- burknął James.

-Bo co?- prychnąłem.

-Bo nie będę się więcej z tobą zadawał!- oświadczył James.

-Nigdy nie sądziłem, ze jakaś... Dziewczyna będzie ważniejsza od naszej przyjaźni! Szczególnie taka dziewczyna!

-Jesteś zwyczajnie zazdrosny! Chciałbyś zawsze być na pierwszym planie!

-Nie, po prostu nie mogę znieść tego jak ona cię traktuje! I nie sądziłem, że nasza przyjaźń tak mało dla ciebie znaczy!- prychnąłem, stając naprzeciwko Jamesa. Zauważyłem w jego oczach jakiś dziwny błysk.

-A ja nie sądziłem że jesteś takim ignorantem i egoistą!- odparł.

-Skoro ja jestem taki beznadziejny, a panna Evans taka święta to po co się ze mną zadajesz?- skrzyżowałem ręce na piersi i czekałem na odpowiedź Jamesa. Nadeszła szybciej niż się spodziewałem.

-Właśnie uświadomiłem sobie, że wcale nie muszę!

-No i znakomicie! Przynajmniej nie będę już musiał oglądać twoich durnych popisów!- odetchnąłem najbardziej teatralnie jak tylko potrafiłem.

-Zazdrościsz mi talentu?- spytał dumnie James.

-Chyba tego, że jesteś bufonem i zarozumialcem jakich mało! Ciągle poprawiasz włosy i bawisz się tym durnym zniczem, żeby się przypodobać bezmózgim panienkom! Każdego normalnego człowieka to zwyczajnie irytuje!- parsknąłem z pogardą. Kątem oka zauważyłem, że Remus pokręcił głową. Jakby spodziewał się, że ktoś z nas powie o kilka słów za dużo.

-Niewinne popisy są niczym w porównaniu z twoim charakterkiem! Aż dziwne ze twoja rodzinka cię nie lubi! Przecież jesteś taki sam jak oni wszyscy!- rzekł James.

-Tak uważasz?

-Hej, chłopcy, może już wystarczy tych głupot co? –wtrącił wreszcie Lupin. – Jesteście zdenerwowani i gadacie od rzeczy!- dodał.

-Nie wtrącaj się Remusie!- warknąłem.

-Właśnie! Szanowny pan Black powinien się wreszcie dowiedzieć prawdy o sobie!- dodał James.

-Przesadzacie!- powtórzył z naciskiem Lupin.

-A co to niby za prawda panie bufonie? Prawda jest taka, że nasza przyjaźń przez te wszystkie lata była dla ciebie niczym! Może dobrą zabawą! –prychnąłem, nie zwracając uwagi na Lupina.

-A dla ciebie czym niby była? Ciekawe ile razy przeciw nam knułeś ze swoja kuzynka i jej kumplami!- warknął James.

-Uważasz, że jestem zdrajcą?

-Dwulicowym, podłym egoistą drogi Syriuszu!- poprawił James, uśmiechając się lekko.

-No to chyba wszystko jasne panie frajerze!- skrzywiłem się.

-Myślę, że jak najbardziej! Nie mam ochoty na dłuższe rozmowy z tobą!- pokiwał głową James.

-Wy chyba obaj zwariowaliście!- krzyknął Lupin.

-Wybacz Luniaczku, ale ja idę na spacer bo nie mam ochoty na towarzystwo tego bufona! –rzuciłem.

-Nie no chłopaki... Dajcie spokój! Pogódźcie się!- teraz Lupin wydawał się być poirytowany.

-Ja chyba pójdę do biblioteki! Na razie Remusie!- rzucił James i zbiegł chodami w dół.

-Od razu atmosfera zrobiła się lepsza!- prychnąłem. Remus popatrzył na mnie paskudnym wzrokiem, którym doskonale wiem co chciał przekazać.

-Przestańcie sobie robić jaja!- mruknął Lupin.

-Naprawdę miałem go już serdecznie dosyć! Nie się ugania za szlamami po korytarzach! Ja nie muszę tego znosić!- warknąłem.

-Obaj zwariowaliście... Do reszty...- jęknął Lupin.

-Remusie skończmy ten przykry temat!

-Dobra... Jak chcesz... Ale obaj będziecie żałować każdego słowa... Ale na razie w porządku, jak chcesz! Chodźmy poszukać Petera!- rzekł zrezygnowany Lupin.

19:48, sirius_black , pamiętnik
Link Komentarze (10) »
środa, 02 sierpnia 2006
return of the Jedi

Ahoj!

Nie było mnie przez chwilkę... Ale jak wspominałem lubię spontaniczne wypady na wakacje i ostatni słoneczny tydzień spędziłem w uroczym Sopocie... Strasznie dawno nie byłem nad polskim morzem i muszę przyznać, że chyba jest czego żałować... Przynajmniej woda jest chłodna, ludzie nieopaleni i ceny w złotówkach ;) Tak naprawdę wyżej cenię sobie plaże śródziemnomorskie, ale i tutaj dobrze się bawiłem. Rejsy drewnianym galeonem, zimne piwo na kutrze, wędzone i smażone ryby, przyjemna bryza na molo, rzędy straganów z bursztynem, nocne spacery po plaży, urokliwe kamieniczki Gdańska, szalone imprezy na plaży... To wszystko sprawia, że lubię polskie morze... Oczywiście jak zawsze siedemdziesiąt procent sukcesu to dobre towarzystwo, a takie właśnie miałem ;) Po raz pierwszy w tym roku czuję się naprawdę wypoczęty. Nie zmienia to faktu, że wolę górskie klimaty i z pewnością wybiorę się jeszcze tego lata w góry (polskie akurat nie maja sobie równych). Praca nie pozostawia mi co prawda zbyt wielu możliwości manewru, ale... Kilka dni w Bieszczadach nie uderzy mocno w mój budżet ;) Po raz pierwszy od ładnych kilku lat całe wakacje (nie licząc wypadu na Sycylię, ale to w zasadzie jeszcze nie były wakacje) spędzam w Polsce- i muszę przyznać, że nie jest tak tragicznie. Tylko z moją weną jest kiepsko- myślałem, że jak troszkę odpocznę, to mi się zachce cos napisać... Tymczasem tylko się rozleniwiłem ;) Więc chyba musicie cierpliwie czekać na jakieś opowiadanie... Może mi potrzeba jakiejś motywacji? Albo Muzy? A może po prostu kopniaka w tyłek? ;) Coś z tych rzeczy ;) Przydałoby się coś zadedykować moim czytelnikom... Tylko co? Ostatnio udało mi się kupić w pewnym zapomnianym antykwariacie, zapomniane lub po prostu nie znane, zachowane w znikomej części pieśni miłosne mojego ulubionego Petroniusza. Wydanie malutkie, kieszonkowe wręcz, z grafiką Picassa (świetną ,choć ogólnie nie lubię Pabla ). Więc może coś- nie nazbyt zdrożnego, choć to styl Petroniusza... Przed Państwem „Radość Odmiany” (oczywiście w przekładzie, ale gdybyście mogli wiedzieć jak cudownie sączy się do ucha w oryginale. Przekład Juliana Ejsmonda jest świetny, wiec nie tracimy aż tak wiele ;) ) :

Varietas Occurit Satietati

Nie chcę zwilżać mego gardła

Winem jednem i tym samym

Ni namaszczać mojej głowy

Zawsze jednakim balsamem

Byk na bujnych łąkach lubi

Trawy i pastwiska świeże

Chętnie jadło swe odmienia

Nawet i najdziksze zwierze

Miłości naszej ku słońcu

Powód również jest taki

Iż Febus w swój wóz co rano

Inne zaprzęga rumaki

18:02, sirius_black , główna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 lipca 2006
salvete

Hello, hello, isn’t me you looking for? :] Jak śpiewał Lionel Richie ;) Cóż, mamy lato w pełni- lato, które zapowiadano najchłodniejszym latem ostatnich lat :] Hmmm, cóż widać w tym kraju nawet przepowiadanie pogody kuleje- ale przy takim Rządzie co się dziwić :] Najlepszą mamy edukację, z jej wspaniałym ministrem na czele… Ale Piękny Romuś, jak już się do władzy dorwał, to nie puści, choćby go bili I siłą odciągali… Pomysły ma facet genialne, wystarczy spojrzeć na maturalną “amnestię” uahaha… Śmieszne to nie jest, raczej tragiczne, ale wiadomo, że żadna uczelnia nie przyjmie jakiegoś matołka, który nawet matury zdać nie potrafi… Nie będzie uczelnia edukować w zakresach… hmm szkoły średniej :P Ale nie ma co się nad tym rozwodzić, bo jak jedyny jako-tako przyzwoity i elokwentny członek tego rządu- wesoły Kazek odszedł, to będzie tylko GORZEJ... Szkoda jednak sobie zawracać głowę polityką w tak piękne dni... Ja mam ostatnio mało czasu, bo długo pracuję- mam nadzieję, że wasze wakacje są nieco przyjemniejsze... No, niektórych na pewno są. Dodatkowo mamy nowego psa, któremu trzeba poświęcić troszkę uwagi. Na kolejna część opowiadania musicie jeszcze troszkę poczekać – ale cierpliwi zawsze są wynagradzani ;) Pozdrawiam wszystkich- tych którzy rozumieją i tych, którzy rozumieją troszkę mniej.... A przede wszystkim Niunia, głupiego Karła, który jedzie wkrótce nad morze, Lilu i Shadow of She, Flegmę i moich braci- czekacje bo nie spamiętam imion... Apolla, Thora, Dionisia i Abelarda... :P . Dla was jakaś mała dedykacja...

Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika, który idzie od jednego grzbietu górskiego, ku drugiemu, tak jakby osiągnięty cel miał jakiś sens...

/Antoine Saint-Excupery/

Cóż, krótki mi się wydaje ten wpis... Szczególnie, że mogę zniknąć gdzieś niespodziewanie, bo mam dużo wakacyjnych propozycji i może się zdarzyć, ze pewnego dnia będę miał dosyć i po prostu wezme kasę i wsiadę do pociągu... I pojadę gdzieś na kilka dni ;) To moze jeszcze coś "podróżniczego" dla tych, którzy lubią poznawać nowe miejsca... domyslacie się co? Kto mnie dobrze zna, to już po prostu WIE- nie musi się domyślać ;)

 

Panie
        dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
        a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci Twojej być
        w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki
        i
    — że nocą w Tarkwini leżałem na placu przy studni i spiż
        rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie
        a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich
        niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

        i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych
        i rozumnych

        natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem morze
        morzem skała skałą

        gwiazdy krążyły i było jak być powinno — Jovis omnia plena

    — wybacz — że myślałem tylko o sobie gdy życie innych okrutnie
        nieodwracalne krążyło wokół mnie jak wielki astrologiczny zegar
        u świętego Piotra w Beauvais.

        że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach
        i grotach a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron
        o szczęście ludów podbitych i oglądałem tylko wschody
        księżyca i muzea

    — dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi
        cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości pomyślałem
        że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla mnie

        a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
        cierpliwie odkrywał przede mną okaleczone ciało

    — proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie
        proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu na spalonej
        słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa

        a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach za to
        że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy zostawić
        w oknie wychodzącym na Holy Iona zapaloną lampę aby światła
        ziemi pozdrawiały się

        a także tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę i mówili
        kato kyrie kato

        i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos
        dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji
        a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie
        do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr
        zwróconych głową w dół

    — pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich szarych
        niemądrych prześladowcach kiedy słońce schodzi w morze
        jońskie prawdziwie nieopisane

        żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia

        a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który pragnie
        źródła

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia

Zbigniew Herbert

19:36, sirius_black , główna
Link Komentarze (8) »
niedziela, 16 lipca 2006
part XVII

Moje rozmyślania przybierały naprawdę mało optymistyczny obrót. Wydawało mi się ,że przy Lily James przestanie być prawdziwym Huncwotem a stanie się... no właśnie, jaki? Odpowiedzialny? Może najwyższy czas? Tylko ja wcale nie byłem na to gotowy... Perspektywa Jamesa zajętego ciągle Lily i stroniącego od wygłupów przerażała mnie nie na żarty... Pewnie dlatego zacząłem dość krytycznym okiem oceniać Lily...

Mimo wszystko, następnego dnia James „zaatakował” Lily zaraz po śniadaniu. Ostatecznie uznaliśmy, że im szybciej, tym lepiej... Lily o dziwo zgodziła się na rozmowę i odprawiła swoją przyjaciółkę Wendy gdzieś na bok. Oczywiście nie potrafiłem odmówić sobie przyjemności popatrzenia na tą scenę. Remusa także zżerała ciekawość, więc razem, ukryci pod peleryna niewidką udaliśmy się za ...hmm przyszłymi zakochanymi. Zatrzymali się w końcu korytarza. Lily nie wyglądała na zachwyconą, ale chyba była troszkę zainteresowana.

-Czego może ode mnie chcieć James Ptter, tak „na poważnie”?- zapytała obojętnie.

-Chciałbym... eeee... Wyjaśnić parę rzeczy!- rzekł James. Zauważyłem, że nie zostało w nim już nic z pewności Huncwota. Był przygaszony i przestraszony. W jego oczach nie było tego blasku, który powalał dziewczyny na kolana... W jednej chwili zrobiło mi się go strasznie żal... Przecież ona w ogóle go nie zna, jak wiec będzie mogła docenić to, jak się dla niej stara? I czy w ogóle będzie chciała to docenić? Moim zdaniem Evans zawsze trochę zadzierała nosa....

-Słucham!- Lily uśmiechnęła się lekko.

-Otóż... Chciałbym.. No może nie chciałbym, to znaczy chciałbym ale... Oj, to nie tak, chyba źle to zacząłem!- wyjąkał James i spojrzał na Lily. Wyglądała na rozbawioną, ale przynajmniej zainteresowaną.

-No stary, weź się w garść!- syknął Lupin.

-Dobrze!- rzekł James, mocniejszym głosem, jakby posłuchał rady Lupina. –Wiem, że masz mnie za skończonego kretyna, wiem że zachowałem się jak kretyn... Nawet wiele razy.... Ale byłem tylko głupim dzieciakiem! Teraz się zmieniłem! Właściwie to... Cały czas się zmieniam...

-Jakoś tego nie zauważyłam!- mruknęła Lily.

-Cóż za głupia krowa!- prychnąłem.

-Wszystko psuje, a tak mu dobrze szło!- dodał Lupin.

-Ale ja się naprawdę staram! Zrozum! Przemyślałem wiele spraw, ale mimo wszystko to nie jest łatwe! Nie sprawia mi już radości dręczenie Smarka, nie satysfakcjonuje mnie miotanie zaklęć na lewo i prawo...- kontynuował uparcie James.

-To co cię satysfakcjonuje?- znów przerwała Lily.

-Może randki ze szlamą?- usłyszeli za sobą drwiący głos. Był to oczywiście Lucjusz Malfoy.

-Zaraz go stąd wyniosę!- warknąłem.

-Siedź cicho, James nie może wiedzieć, że go... Ekhm szpiegujemy!- Lupin walnął mnie łokciem w bok.

-Ale on wszystko zepsuje!- jęknąłem.

-Ja wierzę ,ze James mądrze z tego wybrnie!- rzekł Lupin.

-Od kiedy to kapitan Gryfonów zniża się do takiego... Poziomu?- kontynuował Lucjusz.

-Co ty powiedziałeś?- warknął James odwracając się i stając z Lucjuszem twarzą w twarz. Był od niego nieco niższy, ale z pewnością bardziej przystojny. Lucjusz ze swoją bladą cera, białymi prawie włosami i zimnym spojrzeniem wyglądał bardziej jak zjawa zza światów, niż normalny chłopak.

-To co słyszałeś!- wycedził Lucjusz. – Że szanujący się czystej krwi czarodziej powinien staranniej dobierać towarzystwo!- rzekł Lucjusz.

-Na towarzystwo kogoś takiego jak Lily nigdy nie zasłużysz!- prychnął James.

-Śmierdzącej szlamy! Nie wątpię, nie wątpię...- zaśmiał się Lucjusz.

-Teraz ja przeprosisz!- krzyknął James.

-James, daj spokój!- wtrąciła Lily.

-Akurat!- Lucjusz uśmiechnął się złośliwie. – Od kiedy to nazwanie szlamy szlamą jest obrazą?

-Expaliarmus!- James błyskawicznie dobył różdżki i rzucił zaklęcie na Lucjusza, który zaskoczony walnął o ścianę z wielkim impetem.

-Mówiłam ci, żebyś dał spokój James! Co ci dało to przedstawienie?- warknęła Lily.

Lupin nerwowo pokręcił głową.

-Właśnie James, co ci to dało? Twoja ukochana nadal jest szlamą! –parsknął Lucjusz.

-Zamknij się Malfoy!- syknął James.

-Bo co, rzucisz na mnie jakieś niewybaczalne zaklęcie?- skrzywił się Lucjusz.

-Jeśli tak bardzo chcesz...- James wzruszył ramionami.

-Wiesz co Potter? Głupia byłam, bo zaczynałam ci wierzyć... Przez chwilkę! Ale widzę ,ze to tylko puste słowa! Może jakiś głupi żart ze mnie co? Za chwilkę zza rogu wyskoczyłby Black i reszta twojej kompanii! Właściwie powinnam być Malfoy’owi wdzięczna! Ty jesteś, byłeś i będziesz głupim, próżnym egoistą! Zabawiaj się tu dalej, ja nie mam ochoty w tym uczestniczyć! – krzyknęła Lily.

-No nie co za kobieta, broni jej a ona jeszcze...- prychnąłem.

-Szlama chyba cię nie polubiła!- westchnął Lucjusz z udawanym żalem. James nie zwrócił na niego uwagi, tylko ruszył za Liy, która pobiegła schodami w dół.

-Incendio!- zawołał za nim Lucjusz. Szata Jamesa natychmiast zajęła się płomieniem.

-Cholera!- prychnął.

-To na szczęście! –zaśmiał się Lucjusz. Pozbierał się z podłogi i odszedł korytarzem w bok, nadal się śmiejąc. James został na korytarzu sam, a przynajmniej tak mu się wydawało. Z jednej strony było mi go żal, z drugiej, byłem wściekły na Lily i cieszyłem się, ze taka okropna baba nie będzie dziewczyną mojego kumpla...

22:19, sirius_black , pamiętnik
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 lipca 2006
part XVI

Kilka dni później zauważyłem, że James jest jakiś... Dziwny. Początkowo nawet nie potrafiłem tego bliżej określić, ale potem wydał mi się zwyczajnie przybity. Zastanawiałem się, czy to tylko moje wyobrażenia, spowodowane smutnymi, pochmurnymi dniami, czy też może James popadł w jesienną depresję... Tyle, że Jamesowi nie zdarzało się to nigdy wcześniej. Nawet jeśli miewał zły dzień, to rozweselał go zaraz Smarkerus, a miotanie w niego zaklęć było lekarstwem na wszelkie smutki. Teraz Snape przechadzał się samotnie po korytarzach, a na Jamesie nie robiło to żadnego wrażenia. Myślałem, że cos mi się wydaje, ale to trwało zbyt długo. Pogadałem z Remusem, on także zauważył, że cos jest nie tak. Co więcej, był gotów wysnuć pewne przypuszczenia- że powodem złego nastroju jest Lily. Jakoś nie chciało mi siew to wierzyć, przekonywałem wiec Lupina, że jakaś dziewczyna nie może być powodem złego nastroju Jamesa. Lupin argumentował, że z innymi problemami James przychodził do nas. Nawet z tymi najpoważniejszymi. Ostatecznie postanowiliśmy po prostu szczerze z Jamesem pogadać. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy, było pozbycie się na jakiś czas Petera. Niby nam nie przeszkadzał, ale Lupin stwierdził ,ze im większa ilość ludzi, tym trudniej się zwierzać. Nie wydawało mi się, żeby Peter mógł w czym specjalnie pomóc, więc nie protestowałem. Zresztą Remus wziął to przedsięwzięcie na siebie- po prostu dał Peterowi kolejne zadanie do przepisania, dodając, żeby przepisał także dla Jamesa, bo jest chory. Pozostawiwszy Glizdogona w pokoju wspólnym udaliśmy się na błonia, gdzie samotnie spacerował James.

Wieczór nie był przyjemny- chwilowo nie padało, ale całe niebo zasnuły ciemne chmury i było bardzo zimno. James siedział na ławce, bezmyślnie gapiąc się w ziemię.

-Hej... Rogaczu!- ostrożnie dotknąłem jego ramienia.

James podskoczył jak oparzony.

-No co jest, spokojnie, to tylko my!- uśmiechnąłem się. Faktycznie zaszliśmy go cicho od tyłu i miał prawo być nieco... Zaskoczony. Szkoda, ze zrozumieliśmy to, dopiero po fakcie. Początek nie był zatem najszczęśliwszy. Ale trzeba było jakoś kontynuować. Zupełnie nie wiedziałem, jak mam postąpić w takiej sytuacji, nowością było dla mnie depresyjne nastawienie Jamesa. Na szczęście był ze mną Remus.

-Czy wy do reszty oszaleliście? Chcecie, żebym na zawał zszedł?- jęknął James.

-Spokojnie, tego akurat ni chcemy!- rzekł Lupin.

-Ale siadaj z powrotem na tej ławce, bo mamy do pogadania!- dodałem.

-A o czym niby? Coś zrobiłem nie tak?- skrzywił się James, ale posłusznie usiadł na wskazanym przeze mnie miejscu.

-Nie.. Ale my... Chcielibyśmy...- zacząłem.

-Po prostu siedzimy i snujemy domysły i uznaliśmy, że wystarczy już tego! Chcemy więc zapytać o kilka spraw! Dowiedzieć się, co jest grane!- oświadczył Lupin.

Byłem pewien, że James zacznie się wykręcać i uniknie jakoś tej rozmowy, ale...

-To aż tak widać?- zapytał smętnie.

-No, dosyć!- pokiwał głową Lupin.

-Oj tak... Nawet bardzo! Chodzić, jak, bez obrazy zbity pies...- dodałem.

-Bo zacząłem się ostatnio zastanawiać, co w życiu jest tak naprawdę ważne... Wiesz, co chciałbym osiągnąć... –zaczął James.

-To normalne! Kończymy szkołę, każdy myśli nad swoją przyszłością nieco intensywniej niż kiedyś! –rzekł Lupin.

-Ale to nie to... Ja nie myślę o tym, czy trafię do ministerstwa, czy zostanę aurorem... Tylko uświadomiłem siebie, że mam bardzo wiele rzeczy... Wspaniałą rodzinę, przyjaciół... –kontynuował James.

-To chyba powinieneś się cieszyć!- wtrąciłem.

-No tak, ale daj mi skończyć!

-Sorry, już nic nie mówię!- wzruszyłem ramionami. Byłem nieco zniecierpliwiony, zbyt długim jak dla mnie wstępem i byłem ciekaw, czy Remus miał rację.

-No, bo moim marzeniem, jest założyć rodzinę! Taka prawdziwą! Stworzyć dom pełen ciepła i miłości! I wydaje mi się, że ta szansa właśnie mi się wymyka!- wyjaśnił James.

-Chyba zaczynam rozumieć!- pokiwał głową Lupin.

Też rozumiałem, choć wolałbym chyba nie rozumieć... James romantykiem? Ehhh...

-Bo ja czuję, że taki związek mógłbym stworzyć tylko z Lily... A ona...

-A ona cię olewa!- dokończyłem, widząc jak się męczy.

-Ja jestem gotowy się dla niej zmienić! Tylko ona nie daje mi szansy!- westchnął James.

-No wiesz, chcesz się zmieniać... Ale ja myślę, że powinieneś z nią najpierw zwyczajnie pogadać... Może ona nawet się nie domyśla, że ty cos do niej czujesz... Że się dla niej starasz... I w ogóle!- powiedział Lupin.

-Jak na razie kiepsko mi to wychodzi! Ale to dlatego, ze nie potrafię tak od razu... Sami rozumiecie!- westchnął James.

-No raczej! Ja bym się pewnie w ogóle nie potrafił zmienić!- mruknąłem, próbując jakoś dodać mu otuchy. Nie rozumiałem Jamesa do końca, ale jako przyjaciel przynajmniej próbowałem.

-Każdy potrafi, jeśli tylko bardzo chce! Może nie tak całkiem, ale trochę... Na pewno!- stwierdził Lupin.

-No to co ja waszym zdaniem powinienem zrobić?- spytał James.

-Ja myślę, że powinieneś z nią pogadać... Wiesz, tak poważnie! Może nie opowiadaj jej od razu, że ją kochasz do szaleństwa, ale powiedz, ze chciałbyś żeby cię traktowała... Poważniej? Żeby ci dała szansę! Coś takiego...- poradził Lupin.

-No i koniecznie udawaj, że jesteś bardzo skruszony i ze ci przykro! One to lubią... Mów, że jesteś taki wrażliwy i biedny...

-James JEST wrażliwy i nie musi nikogo udawać!- przerwał mi Lupin.- Lily ma się zakochać w nim a nie w jakiejś kreacji, którą stworzy!- dodał.

-I to jest to! Brawo Remusie...- przyznałem.

-Może i macie rację... Pogadam z nią jutro...- James po raz pierwszy tego wieczoru lekko się uśmiechnął.

-A teraz chodźmy na kolację! Jestem głodny jak wilk!- stwierdził Lupin.

Cały wieczór myślałem o sytuacji, w jakiej znalazł się James i o tym, jak to wszystko będzie teraz wyglądało...

22:11, sirius_black , pamiętnik
Link Komentarze (11) »
piątek, 30 czerwca 2006
part XV

Następnego dnia pogoda była kiepska. Zrobiło się zimno, raz po raz padał deszcz... Mimo to, wraz z Remusem, Jamesem i Peterem wyszliśmy na spacer.

-Cholerna McGonagall! Na pewno wiedziała, że już nie będzie pogody i co za tym idzie, że sobie nie pogram!- warknąłem. James ze zrozumieniem pokiwał głową.

-On nie uczy nas wróżbiarstwa!- zauważył kpiąco Lupin.

-Oh Luniaczku, czy musisz bronić tą starą jędzę?- spytał James.

-Przecież ja tylko fakty stwierdzam! Co z gwiazd sobie wyczytała, że nie będzie pogody?- zaśmiał się Lupin.

-Na pewno z Syriusza!- pokiwałem głową.

-Szczególnie, że teraz zdaje się go nie widać!- dodał James.

-No proszę i od razu widać, kto uważnie słucha wykładów z astrologii!- zaśmiałem się.

-No wiesz, mam kumpla, którego stuknięta rodzinka nazywa swoje potomstwo imionami gwiazd!- prychnął James.

-Doprawdy, bardzo zabawne Rogaczu!- udałem obrażonego tym komentarzem na temat mojej rodzinki.

-No ba!- pokiwał głową James.

-Ty też nie jesteś do końca normalny! W porównaniu z tobą, moja rodzina to zdrowi ludzie!- rzekłem po chwili.

-Odszczekaj to natychmiast!- James pogroził mi palcem.

-Hau hau!- zawyłem teatralnie.

-Masz szczęście Łapo, że tak dobrze ci idzie to odszczekiwanie, bo mógłbyś mieć kłopoty!- zaśmiał się Lupin.

-No, on to szczeka jak prawdziwy pies!- przyznał James.

-Niesamowite, jak on to robi...- mruknął Lupin.

-Hej, hej, my tu gadu-gadu... Tymczasem spójrzcie panowie, kto tam idzie!- James wskazał na ścieżkę.

Przemykała po niej zgarbiona postać w czarnej pelerynie, spod której wymykały się kosmyki tłustych, czarnych włosów. Postać nie rozglądała się, szła z nisko pochyloną głową, zaś na cieniu odbijał się długi, haczykowaty nos.

-Wybornie! Samrkerus!- zatarłem ręce. Miałem ochotę na jakakolwiek dawkę rozrywki, choćby tą najprostszą, dostarczoną przez Snape’a.

-Ja już go widzę, jak leży w tym błocie!- rzekł bez większego entuzjazmu Lupin.

-Remusie! Ty masz dar jasnowidzenia!- zawołałem z uznaniem.

-Juuuhuuu, Severuuuusie! Severusiiiiku!- zawołał James słodkim głosikiem. Snape odwrócił się gwałtownie i upuścił na ziemię książkę, którą dzierżył pod pachą. Natychmiast wyciągnął różdżkę.

-Nieładnie Śmiecierusie, mamusia cię nie nauczyła, że nie wolno tak postępować z książkami!- spytałem.

-Sądzę, że należy ci się kara!- dodał James.

Ale zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, Snape uniósł różdżkę.

-Evertistate!- krzyknął celując w Jamesa.

-Oh!- jęknął Peter, Lupin zaś usmiechnął się pod nosem. Zapewne takiej rozrywki się nie spodziewał. James poleciał kilka metrów do tyłu, potem zaś potoczył się po błocie.

-Tej kąpieli nie przewidziałem!- wzruszył ramionami Lupin.

-Evertistate!- krzyknął ponownie Snape.

Nie musiałem nawet na niego patrzeć, żeby wiedzieć na kogo rzuca to zaklęcie.

-Protego!- powiedziałem, odbijając zaklęcie.

-Expeliarmus!- rozległ się głos Petera. Snape wypuścił swoją różdżkę z ręki.

-No no... –zagwizdał z uznaniem Lupin, a James, który właśnie próbował wydostać się z błotnistej kałuży, wpadł do niej z powrotem.

-Game over...- stwierdziłem, gdy udało mi się wreszcie otrząsnąć z szoku po brawurowej akcji Petera. Snape także był zaskoczony, bo stał i gapił się to na Glizdogona, to na swoja różdżkę, leżącą kilka metrów dalej.

-Levicorpus!- wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i wycelowałem w Snape’a.

-Hahahaha!- zarechotał Peter.

-Snape wisiał już w powietrzu do góry nogami... W sumie powinien to polubić, a przynajmniej się przyzwyczaić. Peter cały czas śmiał się głośno, James zaś wreszcie wygramolił się z kałuży i stanął obok nas, ociekając błotem.

-Cholerny Smark!- zaklął.

-Myślę, ze Smark powinien cię teraz przeprosić!- mruknąłem.

-Chyba kpisz Black!- prychnął Snape.

-Myślę, że on nie śmiałby kpić z ciebie drogi Severusie! Jesteś zbyt szanowaną personą w tej szkole!- rzekł James.

-Zjeżdżajcie kretyni!- warknął Snape.

-Ja myślę, ze Severus odmawia współpracy!- wtrącił Lupin.

-A więc... Zostawmy go w spokoju!- wzruszyłem ramionami, przerywając zaklęcie.

Snape spadł głową do kałuży.

-Chodźmy już do Zamku! Taka pogoda, że psa by nie wypuścił...- zauważył Lupin.

-Fakt!- prychnąłem.

-Poza tym, mam dziwną ochotę się przebrać!- stwierdził James.

-Ah, powinieneś podziękować Peterowi, bo cię pomścił!- zauważył Lupin.

-Oh, fakt! Bardzo dziękuję. I w sumie...- James z żalem spojrzał na Snape’a, taplającego się na śliskim podłożu.

-Tak?- Peter spojrzał na niego.

-To dla ciebie Peter! Ze specjalną dedykacją! –James wycelował w Snape’a różdżką. –Expeliarmus!

Severus poturlał się po błocie jak kukła.

-Wyborne!- zaśmiał się Peter.

-Teraz to naprawdę możemy spadać!- stwierdziłem.

Udaliśmy się do Zamku, a towarzyszyły nam straszliwe bluzgi Snape’a, który szukał w błocie swojej różdżki.

20:33, sirius_black , pamiętnik
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 czerwca 2006
Ecce Homo...

Buonasera!

Bardzo przepraszam, że ostatnio nie było żadnej notki, oraz za to, ze mnie nie było ;) Miałem trochę hmmm... zajęć. Nie powiem, że przez cały czas oglądałem mecze mundialu, choć przyznam, że sporo czasu straciłem i na to. Ale poza tym pracowałem i miałem sesję... Teraz czas to wszystko nadrobić, niebawem troszkę odświeżę bloga, a już teraz wrzucę kolejną część opowiadanka. Teraz będę pisał raczej regularnie- co oznacza raz w tygodniu, absolutnie nie częściej. A teraz mili Państwo –lato czeka, do widzenia Wam, canto, cantare! Życzę wszystkim miłych wakacji (oczywiście tym, którzy MAJĄ wakacje) i pozdrawiam serdecznie!

20:06, sirius_black , główna
Link Komentarze (9) »
part XIV

Trening trwał już dobre dwie godziny i część Gryfonów z młodszych klas musiała wrócić na lekcje. Pojawiła się za to McGonagall, nie wiadomo, czy po to by pooglądać grę, czy też po to by sprawdzić, czy jej polecenie zostało wykonane. Lupin poszedł akurat do biblioteki oddać książkę z zaklęciami z czarnej magii, bo wolał, żeby nikt nie zobaczył jej w jego rękach. Ja wolałem zostać i obejrzeć trening do końca. Próbowałem przekonać Luniaczka, żeby jednak poczekał jeszcze chwilę, ale widać moja siła perswazji nie była wystarczająca. Straciłem więc towarzysza i dopiero ten brak pomógł mi dostrzec jak bardzo jestem poirytowany zaistniałą sytuacją. Miałem coraz większą ochotę zagrać, szczególnie że Peter był raczej kiepskim kompanem. Cały czas męczył się nad zadaniem Remusa...

-Glizdogonie, mógłbyś dać sobie spokój z tym zadaniem!- westchnąłem.

-Ale ono jest bardzo ciekawe! Lunatyk naprawdę się postarał!- rzekł poważnie Peter.

-Taaaa.... Napisał je w pół godziny!- skrzywiłem się lekko.

-No, ale za to jak dobrze napisał!- rzekł Peter. Z wyrazu jego twarzy wyczytałem, że raczej się od pergaminu nie oderwie... Przynajmniej do jutra.

-Chyba za dobrze...- mruknąłem pod nosem.

-Co mówiłeś?- zainteresował się Peter. To zabawne, ale zawsze najbardziej interesowało go to, co nie chciałem żeby słyszał.

-Ah, nie nic... przepisuj sobie spokojnie! Ja się jeszcze ponudzę!- warknąłem. Peter oczywiście nie wziął do siebie tej aluzji, ale na to nie liczyłem. Szczęśliwym trafem (może nie trafem?) w tym momencie podeszła do nas Diana Crall- urocza Ślizgonka, szukająca w drużynie quidditcha. Zresztą bardzo dobra szukająca, o czym mógł świadczyć już sam fakt że jako kobieta znalazła miejsce w drużynie Ślizgonów.

-Hej Black, co się stało, ze dzisiaj nie grasz? Chyba cię nie wyrzucili z drużyny?- zaczęła w typowo-ślizgonowym stylu- z paskudnym, jadowitym uśmiechem na twarzy.

-Nie mogliby tego zrobić! Po prostu jestem... Kontuzjowany!- uśmiechnąłem się.

-No tak, to byłoby nierozsądne z ich strony, grać bez ciebie!- pokiwała głową.

-Też tak myślę! Siadaj!- wskazałem miejsce na trawie, na którym jeszcze niedawno spoczywał Lupin. Wydawało mi się, że chwilkę się zawahała, ale ostatecznie usiadła naprzeciw mnie.

-Tak w rzeczywistości, to McGonagall zabroniła mi dziś trenować! Gdyby nie ona, zagrałbym!- wyjaśniłem.

-A co ci właściwie jest?- zapytała Diana.

-To Lucjusz jeszcze nie odpowiedział o wszystkim? Mieliśmy mały... Wypadek podczas szlabanu u Hagrida!- odparłem nieco zaskoczony. Malfoy zwykle chwalił się całej szkole swoimi osiągnięciami- czy to bardziej, czy mniej sensownymi. Dlaczego tym razem zachował milczenie? Być może pochwalił się tylko przed swoimi ulubieńcami, a moimi kuzyneczkami... moje rozważania przerwała Diana.

-Ah, biedny Lucjusz ma złamaną rękę! Ten dureń Hagrid zawsze miał głupie pomysły!- stwierdziła.

- I tak nie głupsze niż McGonagall!- szepnąłem. –Nabawiłem się zaledwie małego draśnięcia, a ona zabroniła mi grać... Tragedia!- dodałem, krzywiąc się na samo wspomnienie tego głupiego zakazu.

-Nie lubię tej krowy! Jest okropnie upierdliwa! I nie lubi Ślizgonów!- powiedziała Diana. Miałem na końcu języka pytanie „a kto lubi Ślizgonów” ale jakoś się... powstrzymałem.

-Mam wrażenie, ze ona nikogo nie lubi! A na mnie to się uwzięła!- stwierdziłem.

-Za dwa tygodnie gramy mecz z Krukonami! McGonagall już dała szlaban jednemu z naszych graczy!- Diana rozejrzała się wokół. McGonagall przechadzała się nieopodal i obserwowała grę.

-Z Krukonami pewnie i tak wygracie!- prychnąłem.

-Bez problemu!

-Nie zdziwiłbym się, gdybym i ja zasłużył sobie niedługo na jakiś szlaban!- mruknąłem.

-Wasz kapitan Potter chyba pomylił sobie dyscypliny! To nie jest cyrk!- Diana spojrzała w górę, gdzie James bawił się zniczem.

-James to dobry zawodnik!- rzekłem.

-Jasne, i wasz kapitan! Czy aby na pewno... Na to zasługuje?- spytała Diana. Spojrzałem na nią zaskoczony. Nigdy nie dopuszczałem do siebie myśli, że moglibyśmy mieć innego kapitana. Po prostu od zawsze... Hmmm, od kiedy pamiętam, był nim James.

-Wszyscy uznaliśmy zgodnie... Że tak! Wzruszyłem ramionami.

-A ty nie myślałeś o tym, żeby być kapitanem? Zainteresowała się Diana.

-JA?- parsknąłem.

-Tak, ty... cóż w tym dziwnego?

-Ja... Mam w tej drużynie inne.... Zadania! –odparłem.

-Oj, ciekawe jakie?- dociekała Diana.

-Nie myśl, że zdradzę ci wszystkie tajemnice naszej drużyny!- uśmiechnąłem się wymijająco. Właściwie nie znałem odpowiedzi na jej pytanie.

-Boisz się, ze przegracie, tak jak w piątej klasie?- zaśmiała się Diana.

-Wtedy byliśmy jeszcze... Hmmm, niezgrani! Nie brakowało nam do tego pucharu tak dużo...- mruknąłem.

-A jednak to my wygraliśmy!

-Za to w tamtym roku my wygraliśmy i to w pięknym stylu!- przypomniałem.

Pomimo tego, że Potter dostał tłuczkiem w nos, ja osobiście zrzuciłam Smitha z miotły, a Brenda Essex złamała rękę! –przyznała Diana.

-Po tym, jak trafił w nią jeden z waszych pałkarzy!- dodałem.

-To sprostowanie nie było konieczne!- zaśmiała się Diana.

-Jak chcesz! Wycofuję je! I tak wygraliśmy!

-Nie wierzyłam, że jesteście w stanie wygrać! A jednak wam się udało... miałeś dobrą passę! To wszystko!

-To się nazywa talent moja droga!- stwierdziłem.

-Jasne!- parsknęła Diana.

-Cóż, w rzeczywistości to ja po prostu zająłem się grą, podczas gdy inni się... Faulowali! To było prawdziwe polowanie! –zaśmiałem się.

-Nasi pałkarze polowali głównie na ciebie! Ale jakoś im się wymykałeś! W tym roku radziłabym uważać! –uprzedziła Diana, uśmiechając się złośliwie.

-To jakaś groźba, czy koleżeńska rada?- spojrzałem na nią zainteresowany.

-Potraktuj jak chcesz!- machnęła ręką. W tym momencie nad nami pojawił się Lupin.

-Cześć Remusie!- powiedziała Diana.

-Cześć...- odparł Lupin, siadając obok mnie.

-Ja właściwie już lecę! Do zobaczenia na treningu... Lub na meczu!- pożegnała się Diana.

-Do zobaczenia! Ah... i ty też na siebie uważaj!- uśmiechnąłem się.

-To...

-Koleżeńska rada!- uprzedziłem jej pytanie.

-W takim razie dzięki! Cześć!- zaśmiała się.

Lupin przez chwilę przyglądał mi się badawczo.

-O czym rozmawiałeś z tą paskudną, fałszywą Ślizgonką?- zapytał w końcu, z wesołą nutą w głosie.

-Oh, Luniaczku, ona wcale nie jest taka paskudna!- odparłem.

-Nie no paskudna to nie... Może byłaby nawet jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole... Gdyby nie to ze jest Ślizgonką! – westchnął z udawanym żalem.

-Ale za to dobrze gra! Właśnie sobie rozmawialiśmy o quidditchu! –rzekłem.

-Ah, quidditch jednoczy ludzi!- pokiwał głową Lupin.

-Nie no, cóż ci znów chodzi po głowie?- prychnąłem, widząc łobuzerski uśmieszek na jego twarzy.

-Wiesz, gdyby Lily grała w quidditcha...

-Wiesz, lepiej się zamknij!- zaśmiałem się.

-Dobra... Ale ona pewnie chciała coś od ciebie wyciągnąć!- domyślił się Lupin.

-Eee, chyba nie... Raczej chciała się dowiedzieć, czemu nie gram! Pewnie Ślizgoni mieli nadzieję, ze mnie wywalili z drużyny, czy coś takiego! Ale to dziwne, że Malfoy jeszcze im wszystkiego nie opowiedział!- wyjaśniłem.

-Wiesz, Malfoy nigdy się quidditchem specjalnie nie interesował... –wzruszył ramionami Lupin.

-Też prawda... – przyznałem. Nie chciałem kontynuować tego tematu, choć wydawało mi się, że Lucjusz jakoś się ostatnio... Zmienił.

-Chyba kończą już trening! Chodź, idziemy po Jamesa!- rzekłem.

Wstaliśmy i pod drzewem pozostał już tylko Peter, pogrążony w rozmyślaniach na temat zadania Lupina.

20:04, sirius_black , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4